Latest Posts

Ziołowy kisiel z pokrzywy

Tak naprawdę ten wpis jest o tym, jak zwykłą, codzienną potrawę zamienić we wspaniałe lekarstwo. Zioła rosną wszędzie, nawet na trawniku przed naszym domem. Często postrzegamy je jak zwykłe chwasty i chętnie się ich pozbywamy z naszych ogrodów, nie zdając sobie sprawy z ich wyjątkowych właściwości. Jednym z ziół, których zwłaszcza nie lubimy, a nawet wręcz się boimy, jest pokrzywa. Posiada ona parząco-kłujące włoski, które nieprzyjemnie podrażniają skórę, kiedy ich przez przypadek dotkniemy. Wszyscy znamy takie sytuacje, jak łatwo nie zauważyć pokrzywy, ukrywającej się w trawie lub w krzakach i się oparzyć. Te parzące właściwości pokrzyw od wieków były wykorzystywane w medycynie ludowej do leczenia artretyzmu. Jednak stosując tę terapię, trzeba mieć na uwadze fakt, że każde takie „oparzenie” przez pokrzywę wywołuje szok w ciele i najlepiej byłoby tę formę terapii omówić wcześniej z lekarzem 🙂

Kiedy jednak potrafimy właściwie postępować z pokrzywą, okazuje się ona niezwykłym lekarstwem. Przede wszystkim pokrzywa traci swoje parzące właściwości po ugotowaniu/sparzeniu/ususzeniu i można ją w takiej formie bezpiecznie jeść. A naprawdę warto o nią powalczyć. Przede wszystkim zawiera ona wiele cennych minerałów i jest bardzo odżywcza, tak bardzo, że Tradycyjna Medycyna Chińska uważa, że odbudowuje ona to, co mamy najcenniejsze – esencję naszego życia (tzw. Jing). Poza tym zawierając mnóstwo żelaza, odbudowuje Krew, którą dodatkowo oczyszcza z toksyn. To dobra wiadomość dla osób chorych na anemię, a także dla osób, które mają problemy z układem krążenia. Ten pozytywny efekt można jeszcze wzmocnić, łącząc pokrzywę z melasą, np. buraczaną.

Pokrzywy – oczywiście po ugotowaniu/sparzeniu, a także w formie suszonej – mają też pozytywny wpływ na Wątrobę, także dlatego że oczyszczają ją z toksyn. Poza tym są moczopędne, leczą Nerki oraz Pęcherz i są błogosławieństwem dla kobiet w okresie menopauzy, ponieważ odbudowują tzw. Jin, które kobieta traci w tym czasie, stając się mniej kobieca. Warto przy tym pamiętać, że kiedy kobieta traci swoje właściwości, swoje Jin, mężczyźnie trudno z nią zostać, ponieważ przestaje się przy niej odprężać – odbudowywać własne Jin. Dlatego generalnie kobiety, które mają mniej Jin, często pozostają samotne – mężczyźni nie są nimi za bardzo zainteresowani i pewnie nikt nie wie nawet do końca dlaczego 🙂

Kisiel, który dziś dla Was przygotowałam, ma więc mnóstwo leczniczych właściwości, ale też jest tak zwyczajnie, po ludzku, pyszny, że aż chce się go jeść codziennie 🙂 Warto jednak wziąć pod uwagę, że regularne picie (spożywanie) ziół dłużej niż przez 7 dni powinniśmy skonsultować z lekarzem 🙂

Kisiel posypuję kwiatami jasnoty białej (Lamium album), które wykazują podobne właściwości – oczyszczają i wzmacniają Krew, wzmacniają Wątrobę i są pomocne dla kobiet w okresie menstruacji – zmniejszają nadmierne krwawienie 🙂

Zapraszam na przepis!

Ziołowy kisiel z pokrzywy

Rodzaj posiłku: kisiel leczniczy Podajemy z: kwiatami jasnoty białejmleczkiem kokosowym; i/lub melasą Wegetariański: tak Wegański: tak Bezglutenowy: tak Pięć Przemian: wzmacnia Układ Krążenia, Nerki, Pęcherz, Wątrobę oraz Jing (esencję), odbudowuje Jin Ilość porcji: 2 porcje Składniki: suszona pokrzywa; skórka z cytryny; sok z cytryny; cukier palmowy (lub inny ulubiony), ewent. syrop z agawy; skrobia ziemniaczana; mleczko kokosowe, ewent. melasa; kwiaty jasnoty białej

IMG_4717int

Składniki

500 ml zimnej wody 2 lekko czubate łyżki suszonej pokrzywy 1 lekko czubata łyżka świeżo otartej skórki z cytryny 1 i 1/2 łyżki soku z cytryny 2 łyżki drobno zmielonego cukru palmowego lub: inny cukier/syrop z agawy 2 lekko czubate łyżki skrobi ziemniaczanej

Przygotowanie

  1. Do garnka wlewamy zimną wodę i wsypujemy suszoną pokrzywę. Doprowadzamy do wrzenia na dużym ogniu, następnie zmniejszamy ogień i na małym ogniu gotujemy przez 5 minut. Zdejmujemy z ognia, przecedzamy wywar przez sito o drobnych oczkach do miski i wrzucamy skórkę cytrynową. Zostawiamy na 30 minut.
  2. Ponownie przecedzamy przez sito, tym razem do garnka, w którym będziemy gotować kisiel. Część wywaru – 1/2 szklanki – odlewamy do osobnego naczynia, żeby rozpuścić skrobię. Następnie do garnka wrzucamy cukier, wlewamy sok z cytryny i ponownie zagotowujemy. W międzyczasie rozprowadzamy skrobię w zimnej wodzie i kiedy wywar z pokrzywy zacznie się gotować, od razu wlewamy rozrobioną skrobię, przez cały czas mieszając. Kisiel zacznie błyskawicznie gęstnieć, a kiedy stanie się szklisty, przestajemy mieszać, garnek przykrywamy i gotujemy jeszcze przez 30 sekund.
  3. Wciąż gorący nalewamy do pucharków/miseczek. Kiedy trochę przestygnie polewamy mleczkiem kokosowym i/lub odrobiną melasy* (patrz: uwagi). Na koniec posypujemy kwiatami jasnoty białej, które też mają lecznicze właściwości. Pychota i do tego samo zdrowie 🙂

Uwagi

  1. Suszoną pokrzywę można zastąpić świeżą, młodą pokrzywą. Żeby uzyskać podobny efekt, trzeba użyć około garści na szklankę. Jeśli wybieracie się do lasu lub na łąkę, żeby zebrać pokrzywę, załóżcie wysokie buty i koniecznie rękawiczki 🙂
  2. Nie powinno się zbierać pokrzywy, która zakwitła, ponieważ może mieć niekorzystny wpływ na zdrowie.
  3. Kwiaty jasnoty białej są słodkie, nektarowe, jeśli pochodzą z młodej niedużej rośliny. Jeśli roślina mocno już wyrosła i ma kwiaty, mogą nie mieć już one smaku, ale mimo wszystko warto je dodać do kisielu ze względu na wartości lecznicze i ciekawą konsystencję. Dodam jeszcze, że jasnota biała – chociaż podobna do pokrzywy – należy do innego gatunku roślin, dlatego jej kwiaty jak najbardziej możemy jeść.
  4. Jeśli chcemy wzmocnić krwiotwórcze działanie tego kisielu, możemy do niego dodać melasę, warto jednak pamiętać, że melasa ma dość intensywny smak, który może trochę przytłoczyć smak tego kisielu, dlatego polecam polanie kisielu mleczkiem kokosowym, które ma podobne właściwości, choć trochę słabsze, i jego smak bardziej tu pasuje 🙂
  5. W czasie ciąży spożywanie większych ilości pokrzyw nie jest wskazane.

 

Love,

                 Grainma

……….………………………… Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka  Zdjęcia potrawy: Mariola Białołęcka  Copyright © 2020 by Mariola Białołęcka ||  All Rights Reserved

Pasta z kiszonej kapusty i prażonych włoskich orzechów

Pasta ta powstała trochę przez przypadek. Jakiś czas temu kupiłam kiszoną kapustę, która miała mało soku i była dość twarda. Chciałam ją podać do obiadu, dodałam więc do niej cebulkę, szczypiorek, orzechy włoskie oraz olej i odstawiłam na godzinę, żeby zmiękła. Niestety, pozostawała niewzruszona, wciąż była twarda i trudno było ją pogryźć, postanowiłam więc zamiast sałatki przygotować purée z kiszonej kapusty i zmiksowałam ją razem z pozostałymi składnikami. To, co powstało, zaskoczyło nawet mnie. Pyszna, kwaskowata pasta o konsystencji mięsnego pasztetu, po prostu jedno wielkie WOW! Dopracowałam ją i od tamtej pory pojawia się regularnie na moim stole.

Pasta ta to przykład naprawdę dobrze zrównoważonej potrawy. Zawiera kiszoną kapustę, która ma właściwości ochładzające ciało, oraz prażone orzechy włoskie, cebulkę i szczypiorek, które wpływają na ciało ogrzewająco. Pełna równowaga! 🙂 Szczypiorek-dymka, który pięknie się tu odnalazł, to prawdziwy cud natury. Nic dziwnego, że jest tak popularny i można go spotkać w prawie każdej potrawie, która nie jest słodka. Czy wiecie, że wpływa on leczniczo na Serce oraz Płuca? Co więcej, działa na ciało podobnie, jak orzechy włoskie, ogrzewa je i dynamizuje różne jego funkcje. Dzięki tego rodzaju pokarmom – jak szczypiorek oraz orzechy włoskie – mamy więcej energii i chęci do życia. Polecam je zwłaszcza osobom, które odżywiają się wegańsko. Do pasty dodałam też jedną z najwspanialszych rodzimych przypraw, czyli kminek, tradycyjnie dodawany do kapusty, a wpływający korzystnie na Nerki oraz Pęcherz – narządy, o które teraz, Zimą, powinniśmy się szczególnie troszczyć. Nerki są ważne, jeśli chodzi o odporność, ponieważ to między innymi od siły naszych Nerek zależy, jak wysoki poziom energii posiadamy. A im więcej energii (czi), tym silniejsze wokół nas pole ochronne (wei czi). Orzechy włoskie, które obok kapusty są podstawą tej potrawy, są najlepszym produktem, jeśli chodzi o wzmacnianie Nerek (podobnie jak migdały, jeśli chodzi o Płuca), zwłaszcza wtedy, kiedy je podprażymy 🙂

Dzisiejsza pasta jest bliska mojemu sercu także z tego powodu, że zawiera nie gotowaną kiszoną kapustę. Tego typu produkty są niezbędne w naszej diecie, niezależnie od tego, jak ktoś się odżywia – czy je mięso, czy raczej jest wegetarianinem lub weganinem. W zasadzie takie pokarmy, jak kiszona kapusta, kiszone ogórki, kiszone pomidory, oliwki, czy też śliwka umeboshi powinny być obecne w każdym posiłku. Już wiele lat temu Michio Kushi przekonał mnie, że warto zjeść śliwkę umeboshi na zakończenie posiłku, ponieważ dzięki temu zostanie on lepiej strawiony. Dzieje się tak, dlatego że produkty fermentowane są już wstępnie przetrawione – z tego powodu nie tylko łatwiej je trawimy, ale też szybciej asymilujemy zawarte w nich cenne składniki odżywcze. Poza tym w kiszonkach jest zawsze całe mnóstwo wartościowych enzymów oraz dobroczynnych bakterii, które pomogą nam strawić to, co jemy. Z pewnością są to produkty, których nie może zabraknąć w naszych codziennych domowych posiłkach.

Pasta z kiszonej kapusty i prażonych włoskich orzechów

Rodzaj posiłku: pasta warzywna
Podajemy do: chleba, chlebka pita lub lawasz, tortilli, naleśników
Wegetariański: tak
Wegański: tak
Bezglutenowy: tak
Pięć Przemian: wzmacnia Yang, Nerki oraz Pęcherz
Ilość porcji: ok. 300 ml pasty
Składniki: kiszona kapusta, orzechy włoskie, cebula, szczypiorek, olej z orzechów włoskich tłoczony na zimno lub olej słonecznikowy tłoczony na zimno, świeżo zmielony kminek, ewentualnie sól i pieprz do smaku

IMG_3816int

Składniki

  • 200 g kiszonej kapusty, odciśniętej z soku (jeśli jest z sokiem)
  • 100 g łuskanych orzechów włoskich
  • 3 łyżki oleju z orzechów włoskich tłoczonego na zimno lub innego (np. słonecznikowego)
  • 30 g posiekanej cebuli
  • 2 lekko czubate łyżki posiekanego szczypiorku-dymki
  • 1 i 1/2 łyżeczki kminku
  • pieprz i sól do smaku

osobno

  • 2 – 3 łyżki oleju kokosowego tłoczonego na zimno
  • 1 – 2 łyżeczki drobno posiekanego świeżego koperku

Przygotowanie

  1. Rozgrzewamy patelnię na dużym ogniu, a następnie wrzucamy orzechy włoskie – mogą być połówki lub duże kawałki – i prażymy, mieszając, przez dwie minuty lub do momentu, aż zaczną pojawiać się na nich czarne plamki.
  2. Do dość dużej miski wrzucamy kapustę oraz orzechy włoskie, wlewamy olej, dodajemy cebulę, szczypior oraz kminek. Miksujemy za pomocą blendera ręcznego do uzyskania jednolitej konsystencji. Pasta powinna być dokładnie zmielona, tak żeby nie było w niej ani kawałków orzechów, ani też kawałków kapusty. Ewentualnie doprawiamy do smaku pieprzem i solą. Przekładamy do słoiczka.
  3. Osobno rozgrzewamy olej kokosowy i przelewamy do niedużej miseczki. Kiedy wystygnie, wrzucamy koperek i miksujemy za pomocą blendera ręcznego, aż koperek połączy się z olejem. Nie musi być dokładnie rozdrobniony – w oleju mogą pływać kawałki koperku. Można oczywiście użyć innego urządzenia, żeby składniki zmiksować.
  4. Tak przygotowanym olejem zalewamy naszą pastę w słoiczku, dzięki czemu będzie można ją przechowywać w lodówce przez 2 – 3 dni. Jemy ją razem z „koperkowym” olejem.
  5. Z oleju można zrezygnować, jeśli pasta jest do bezpośredniego spożycia. Podając na stół, ozdabiamy prażonymi orzechami włoskimi, małymi ozdobnymi kapustkami oraz posiekanym koperkiem.

Uwagi

  1. Kapusta, której użyjemy do tej pasty, nie powinna być za kwaśna, ja staram się raczej  wybierać taką o zrównoważonym smaku.
  2. Pasta jest gotowa do spożycia od razu po przygotowaniu, ale moim zdaniem warto dać jej trochę czasu, żeby smaki i aromaty się wymieszały – „przegryzły”. Ja zazwyczaj wkładam ją do lodówki na 1 – 2 godziny przed podaniem. Jest wtedy jeszcze ciekawsza 🙂

Tak pyszna,  że aż brak słów, po prostu „niebo w gębie” 🙂

Love,

                        Grainma

……….…………………………
Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka 
Zdjęcia potrawy: 
Mariola Białołęcka  Copyright © 2019 by Mariola Białołęcka || 
All Rights Reserved

Antywirusowa zupa zbożowa

Chociaż ostatnio prawie każdy z nas musiał ograniczyć swoją aktywność na zewnątrz, nie oznacza to, że nie możemy się nawzajem inspirować i razem szukać rozwiązań służących naszemu zdrowiu. W czasach pandemii koronawirusa jak zawsze zwracam się do nieocenionej Tradycyjnej Medycyny Chińskiej – ponieważ od wielu lat doświadczam korzystnych skutków jej działania na mój organizm. Nawet ostatnio jeden ze znanych w Polsce lekarzy TMC powiedział mi, że mam zadziwiająco silny organizm – mimo problemów zdrowotnych, z którymi borykam się od dzieciństwa. Gdybym nie stosowała Pięciu Przemian w codziennym życiu, prawdopodobnie wiele rzeczy nie byłoby teraz możliwych.

Z pewnością zastanawiacie się, czy TMC może w jakiś sposób pomóc nam w walce z pandemią? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie, ponieważ koronawirus to coś nam nieznanego i jak się okazuje bardzo niebezpiecznego, ale jestem przekonana, że jeśli będziemy mieli silny układ odpornościowy, wirus nie będzie nas w stanie zaatakować, a jeśli nawet przebije się przez barierę ochronną, nie wyrządzi nam tak dużo szkody. Chciałabym więc podzielić się z Wami metodami, które sama stosuję, żeby wzmocnić własną odporność, a także odporność mojej rodziny. Zgodnie z Tradycyjną Medycyną Chińską (TMC) nasza odporność jest zależna od poziomu naszej życiowej energii (tzw. energii czi), co zresztą możemy zaobserwować na przykładzie rozwoju choroby COVID-19 u ludzi starszych i młodszych. Ludzie starsi z reguły mają niższy poziom energii i jak wszyscy mogliśmy zaobserwować, gorzej przechodzą przez chorobę wywołaną przez koronawirusa. Jeśli ktoś ma wysoki poziom energii, to zgodnie z TMC wokół jego ciała wytwarza się odpowiednio silna bariera ochronna w postaci pola energetycznego, która nazywana jest energią wei czi. Osoby, u których wei czi działa prawidłowo, rzadko ulegają wypadkom i rzadko chorują – wirusy trzymają się na dystans, a także komary 🙂 Organem, który ma największy związek z prawidłowym funkcjonowaniem wei czi, są Płuca – odpowiadają one zwłaszcza za jej rozprzestrzenianie się wokół naszego ciała. Tak więc teraz powinniśmy przede wszystkim wzmacniać Płuca, żeby w naszym polu ochronnym nie było dziur 🙂 Najbardziej są tu przydatne migdały w każdej postaci, a także cebula, gruszki, rzodkiew (daikon, rzodkiewki, rzepa) – klasyka w TMC – oraz takie produkty, jak słodki ryż, owies, kapusta, marchew, jarmuż, rzeżucha, pory, bazylia, mięta, szałwia, szczypiorek, imbir, morele i cytrusy (najlepiej grapefruit). Warto te produkty jeść teraz regularnie (osoby, które mają oznaki gorąca w ciele, powinny zasięgnąć porady specjalisty TMC, żeby się dowiedzieć, w jakim zakresie mogą odżywiać się powyższymi produktami, ponieważ większość z nich jest rozgrzewająca, zwłaszcza pory). Poza tym bardzo ważne! jest, żebyśmy się ciepło ubierali i w ogóle przebywali w ciepłych pomieszczeniach, ponieważ zimno może zablokować swobodne krążenie wei czi wokół naszego ciała i otworzyć drzwi dla patogenów.

Na poziomie emocjonalnym powinniśmy zadbać o to, żeby jak najwięcej się śmiać. Smutek osłabia Płuca, oglądajmy więc teraz jak najwięcej komedii i raczej zrezygnujmy z rozmów, które przywrócą złe wspomnienia. Pozytywne nastawienie i mnóstwo radości, zamiast przygnębienia i żalu to wspaniała broń w walce z koronawirusem. Ważne jest, żebyśmy pozostawali w „tu i teraz”, żebyśmy nie koncentrowali się za bardzo na przeszłości i nie wybiegali zbytnio do przodu, w ten sposób wzmocnimy nasze Płuca. Ważne są też ćwiczenia oddechowe, które poprawią nasze zdolności oddechowe i co ważne, pomogą też utrzymać koncentrację na obecnym momencie. W Tradycyjnej Medycynie Chińskiej każdy narząd ma swojego „ducha”, Płuca również. Nazywa się on Po i ma między innymi związek z miejscem naszych narodzin. To jest bardzo ciekawe zwłaszcza w kontekście wielkich powrotów ludzi do swoich krajów – ta tendencja utrzymuje się obecnie na całym świecie – wracamy do kraju, do domu, żeby wzmocnić swoje Płuca 🙂

Więcej materiału na ten temat już wkrótce, zaglądajcie na bloga.

Zapraszam na przepis! Zupa zawiera składniki wzmacniające naszą odporność, zwłaszcza migdały są teraz naprawdę ważne!

Antywirusowa zupa zbożowa

3 – 4 porcje

IMG_4608najint

Składniki

1/2 szklanki* słodkiego ryżu (lub białego, jeśli dieta bezglutenowa)
1/2 szklanki kaszy jaglanej
1/2 szklanki płatków owsianych (bezglutenowych, jeśli dieta bezglutenowa)
1/2 szklanki migdałów ze skórką
1 łyżeczka cynamonu
2 szklanki wody
2 szklanki mleka roślinnego, ja użyłam mleka sojowego
świeżo otarta skórka z jednej pomarańczy
1 łyżeczka kurkumy
2 – 3 łyżki prażonych orzechów włoskich
2 łyżki prażonego czarnego sezamu
1 – 2 łyżki miodu lub słodu ryżowego** (jeśli ktoś nie je produktów odzwierzęcych)
kilka listków mięty

Osobno

1 szklanka wody
1/2 szklanki mleka roślinnego

Przygotowanie

  1. Do garnka wrzucamy po kolei: słodki ryż, kaszę jaglaną, płatki owsiane, migdały (ze skórką) oraz cynamon. Następnie wlewamy wodę oraz mleko i dodajemy skórkę pomarańczy oraz kurkumę. Doprowadzamy do wrzenia na dużym ogniu, następnie ogień zmniejszamy i na wolnym ogniu gotujemy 20 – 25 minut. Jeśli zboża zaczynają przywierać do dna garnka, można dolać 1/2 szklanki gorącej wody.
  2. Chociaż może to się komuś wydać dziwne, zalecam zachowanie kolejności wrzucania składników, ponieważ dzięki temu uzyskacie potrawę przygotowaną według Pięciu Przemian, co dodatkowo wzmocni odporność.
  3. Zestawiamy z ognia i wyjmujemy ugotowane migdały, które następnie miksujemy, dodając 1 szklankę wody i 1/2 szklanki mleka roślinnego. Kiedy wybieramy migdały z naszej zupy zbożowej, nie trzeba ich płukać, miksujemy razem z kawałkami zbóż, które przylepią się do migdałów, dzięki temu uzyskane mleko ma ciekawy kolor, tak jak na zdjęciu. Oczywiście migdały można też ugotować osobno, jeśli ktoś woli, dodając jednak trochę cynamonu i kurkumy.
  4. Nakładamy ugotowane zboża do miseczek, wlewamy mleko ze zmiksowanych migdałów, dodajemy orzechy, sezam i polewamy po wierzchu miodem/słodem/syropem, a na koniec ozdabiamy listkami mięty. Zupa samo zdrowie 🙂 A do tego jest naprawdę pyszna! Polecam 🙂

Uwagi

*chodzi o szklankę o pojemności 250 ml, osobiście korzystam z cupa o tej pojemności
**osoby na diecie bezglutenowej powinny się upewnić, z jakiego ryżu został wyprodukowany słód, jeśli ze słodkiego ryżu, niestety nie mogą go użyć, ponieważ słodki ryż zawiera gluten. W tym przypadku polecam syrop z agawy.

Jeśli spożywamy produkty zawierające biały cukier, nasza odporność spada o 50% !

Dodatek

Barbara Temelie, autorka ciekawych książek o Pięciu Przemianach, już wiele lat temu zwracała uwagę na wspaniałe właściwości antywirusowe produktów pszczelich. Jednak nie każdy może je stosować z różnych względów. Dla tych osób mam dobrą wiadomość, mudra „pszczółka” (Bhramara Mudra) działa podobnie jak produkty pszczele – jej regularne stosowanie pomaga wzmocnić odporność. Polecam stosowanie mudr, mają związek z meridianami i fantastycznie wzmacniają organizm. W przypadku „pszczółki” ważne jest, żeby koniec kciuka dotykał palca środkowego z boku, przy paznokciu, tak jak na zdjęciu. Palec serdeczny i mały pozostają w miarę możliwości wyprostowane. Mudrę wykonujemy 4 razy dziennie po 7 minut. Jeśli ktoś ma więcej czasu może ją wykonywać do 8 razy dziennie po 20 minut (mudra na podstawie mojej ulubionej książki o mudrach, Gertrudy Hirschi)

IMG_4581newint

                                                    Enjoy!

Wasza, Grainma 🙂

………………………
Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka
Zdjęcia potrawy, zdjęcia mudry: Mariola Białołęcka, Copyright © by Mariola Białołęcka II
All rights reserved

 

Jaglana jajecznica bez jajek :)

Jajecznica bez jajek? Tylko z roślin? Nie uwierzycie, ale smakuje podobnie jak dobra jajecznica usmażona na maśle. Poznaj jeden z moich pomysłów na przygotowanie kaszy jaglanej (więcej w książce „Zaskakująca kasza i ryż”). Zastosowałam tu nową technikę, która sprawia, że jajecznica z kaszy jaglanej ma bardzo delikatną konsystencję i przypomina jajecznicę, którą wszyscy znamy. Kasza jaglana jest niezwykle odżywcza podobnie jak jajka, dlatego można nią zastąpić jajka. A zatem przedstawiam Wam moją jaglaną jajecznicę przygotowaną z dodatkiem cukinii, szpinaku, szczypiorku oraz skórki cytrynowej – bajecznie smaczną:)

O tym mało się mówi, ale kasza jaglana jest produktem szczególnie polecanym zimą (TMC), przede wszystkim dlatego, że ma niezwykłe właściwości odżywcze, a właśnie w okresie zimowym powinniśmy jeść tego typu produkty. Nieprzypadkowo w czasie Świąt Bożego Narodzenia stoły zawsze były suto zastawione jedzeniem bogatym w tłuszcze, białko, witaminy i składniki mineralne. Nasi przodkowie byli dobrze zsynchronizowani z naturą i intuicyjnie wybierali odpowiednie dla siebie produkty we właściwym czasie. Ale kasza jaglana daje nam coś więcej, ma ona bardzo korzystny wpływ na nasze nerki. Zgodnie z TMC (Tradycyjną Medycyną Chińską) zima to dobry czas na wzmocnienie nerek, a proso wpływa bardzo korzystnie na ten niezwykły narząd. Warto jednak wiedzieć, że  to też dobry moment, żeby zrobić podstawowe badania nerek, takie jak badanie moczu oraz badanie krwi z oznaczeniem poziomu kreatyniny, GFR oraz hemoglobiny. Z wynikami tych badań warto udać się do lekarza pierwszego kontaktu. Pamiętajcie, że osoby chore na niewydolność nerek mogą w ogóle nie zdawać sobie sprawy z tego, że są chore – wykażą to dopiero badania. Niewydolność nie boli. Można czuć się zmęczonym, ale przypisywać to przepracowaniu. Warto wiedzieć, że kiedy zanikają nefrony i kurczy się zdolność  nerek do filtracji, ten proces jest nieodwracalny! Nerki się nie regenerują, tak jak wątroba, można je tylko wzmacniać poprzez odpowiednią dietę, zioła i styl życia, ale nie można przywrócić pierwotnego stanu nerek, jeśli zostały już poważnie uszkodzone. Z moich osobistych doświadczeń wynika, że trochę da się poprawić filtrację, ale w niezbyt dużym stopniu. Dlatego powinniśmy badać nerki regularnie, przynajmniej raz w roku, nawet jeśli według nas nie ma żadnych objawów, żeby być w stanie zareagować odpowiednio szybko. Zwłaszcza osoby, które chorują na nadciśnienie powinny regularnie badać nerki, ponieważ choroba ta uszkadza nerki. Nerkom szkodzi zimno, długotrwały stres, ciężka fizyczna praca, zwłaszcza na stojąco, oraz agresywne zachowanie nasze lub kogoś innego w stosunku do nas. Jeżeli w naszym życiu jest dużo przemocy, nawet tylko słownej, i dużo lęku, nerki skurczą się, a ich zdolność do filtracji zdecydowanie się zmniejszy. Warto o tym wszystkim pamiętać zwłaszcza teraz, zimą, i wzmacniać się poprzez przebywanie z ludźmi, którzy nas kochają i akceptują, a unikanie tych, którzy wciąż nas krytykują. Zimą powinniśmy zrezygnować z działań, które wiążą się z dużym wysiłkiem, jeść dużo kaszy jaglanej, orzechów włoskich, fasoli oraz sezamu i przede wszystkim dużo, dużo odpoczywać – ja też tak zamierzam 🙂

Jaglana jajecznica bez jajek 

Potrawa roślinna, bez glutenu, bez jajek, bez produktów mlecznych

2 porcje

IMG_0315web

(Jajecznica jaglana jeszcze przed usmażeniem)

Składniki

  • 70 g kaszomąki, czyli zmielonej na mąkę kaszy jaglanej (przepis tu)
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • 1 łyżeczka zmielonego siemienia lnianego (czyli tzw. jajko lniane)
  • szczypta świeżo zmielonego zielonego pieprzu
  • 1 łyżeczka świeżo utartego imbiru
  • 1/4 łyżeczki różowej soli himalajskiej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 250 ml mleka sojowego bez cukru
  • 1/2 łyżeczki soku z cytryny
  • 1 łyżeczka świeżo otartej skórki z cytryny
  • 1 łyżka oleju kokosowego
  • 1 łyżka cebuli, drobno posiekanej
  • 1 łyżka drobno posiekanego szczypiorku
  • 100 g cukinii pociętej w cienkie makaroniki lub paski
  • trochę zielonego pieprzu
  • trochę soli
  • garść szpinaku baby – ok. 30 g

Przygotowanie

  1. Do miski wrzucam po kolei: kaszomąkę jaglaną, kurkumę, siemię lniane, pieprz, imbir, sól, proszek do pieczenia, wlewam mleko sojowe, sok z cytryny i dodaję skórką cytrynową. Wszystko mieszam za pomocą trzepaczki, tak żeby składniki dobrze się połączyły. Odstawiam na bok.
  2. Rozgrzewam olej na niedużej patelni – ∅ 20 cm. Wrzucam cebulę, szczypior, krótko podsmażam (kilkanaście sekund) i dodaję cukinię, trochę pieprzu, szczyptę soli oraz szpinak. Przykrywam i smażę na średnim ogniu przez dwie minuty.
  3. Zdejmuję pokrywkę, składniki w misce ponownie mieszam za pomocą trzepaczki, tak żeby masa była jednolita, i od razu wlewam do podsmażonych warzyw. Następnie – nadal na średnim ogniu – zaczynam smażyć jajecznicę. Postępuję podobnie jak przy smażeniu omletu, zagarniam płyn od brzegów patelni do środka do momentu, aż masa się zetnie – czyli płyn się zagęści. Kiedy to się stanie,  podsmażam jeszcze przez dwie minuty, przez cały czas przekładając masę z jednej strony na drugą tak, żeby jaglana jajecznica była podsmażona z każdej strony (potrzeba tu trochę wyczucia, masa powinna przez chwilę poleżeć na patelni, żeby się podsmażyła, a po chwili znów ją przekładamy i tak przez dwie minuty – przez cały czas na średnim ogniu). W ten sposób otrzymamy żółty kolor jaglanej jajecznicy i ciekawą konsystencję. Na koniec zmniejszam ogień i pod przykryciem smażę jeszcze przez minutę. Zestawiam z ognia, rozdrabniam widelcem na kawałki i ewentualnie doprawiam do smaku pieprzem oraz solą. Podaję od razu, zazwyczaj z dodatkiem jogurtu roślinnego, zwłaszcza kokosowego, i pieczywem. Czasami podaję do ziemniaków 🙂

Uwagi

  1. Cukinię można pociąć na makaroniki za pomocą spiralizera lub obieraczki z odpowiednią końcówką, ewentualnie można użyć obieraczki do warzyw i pokroić w cienkie paski lub pokroić w grubsze zapałki za pomocą noża.
  2. Ważna jest temperatura smażenia jajecznicy, jeśli będzie za wysoka, jajecznica będzie miała pomarańczowy kolor zamiast żółtego.
  3. Nie polecam prażenia kaszy jaglanej do tego przepisu, wpłynie to niekorzystnie zarówno na smak, jak i na kolor tej potrawy. Dodanie skórki cytrynowej oraz imbiru niweluje lekką goryczkę kaszy jaglanej – oczywiście z kaszy, która już trochę leżała na półce w sklepie. Kasza jaglana ze świeżych zbiorów zazwyczaj jest słodka i goryczka raczej nie jest w niej wyczuwalna 🙂
  4. Jeśli zachowacie kolejność dodawania składników, otrzymacie potrawę przygotowaną według Pięciu Przemian.

 Be happy!

                                               Wasza, Grainma

IMG_0343web

 Mniam, mniam 🙂

………………………………………..
Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka 
Zdjęcia potrawy: 
Mariola Białołęcka  Copyright © 2017 by Mariola Białołęcka || 
All Rights Reserved

Pesto z liści selera oraz pesto z zielonej pietruszki i kiełków brokułu

Pesto to przygotowałam już jakiś czas temu, chyba jeszcze we wrześniu. Wróciłam któregoś dnia z zakupów w gospodarstwie ekologicznym z pięknymi selerami korzeniowymi, z których wyrastały wielkie łodygi selerowe, zakończone nieprawdopodobnie aromatycznymi liśćmi, a ponieważ w planach był makaron jaglany, pomyślałam, że spróbuję do niego przygotować pesto z tych liści. Przyznam, że tego rodzaju pesto robiłam po raz pierwszy, ale efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Pyszne, pachnące czosnkiem, ostre w smaku pasuje do makaronu, ziemniaków, chleba, ugotowanych warzyw i wielu innych produktów 🙂 Nie wiem, czy teraz, w styczniu, można jeszcze gdzieś dostać selera korzeniowego z liśćmi, prawdopodobnie będzie to trudne, jeśli nie niemożliwe (może w firmach, które handlują nietypowymi owocami, warzywami i ziołami), ale z pewnością nie będzie to proste, dlatego postanowiłam przygotować też wersję alternatywną tego pesto – z zielonej pietruszki oraz kiełków brokułu i słonecznika – którą można zrobić o każdej porze roku. Pietruszka to jeszcze jeden z produktów korzystnie wpływających na nerki, dlatego warto sięgać po nią zwłaszcza teraz, zimą, kiedy powinniśmy zadbać przede wszystkim o nerki. Polecam oczyszczającą herbatkę z natki pietruszki i oczywiście dodawanie na bieżąco tych aromatycznych listków do różnych potraw. Ponadto zielone liściaste warzywa, natki, kiełki, a także większość ziół wspomagają pracę wątroby oraz wpływają korzystnie na układ krwionośny (odżywiają krew) ze względu na zawarty w nich chlorofil, dlatego warto jeść je codziennie 🙂

PESTO Z LIŚCI SELERA

Potrawa wegetariańska lub wegańska w zależności od użytych składników

IMG_0180web

 (na zdjęciu „Pesto z liści selera”. Ser na górze jest wegański)

 Składniki na pesto z liści selera

  • 50 g orzechów cashew
  • 40 g orzechów pekan (lub włoskich)
  • 60 g umytych i osuszonych liści selera korzeniowego (same liście)
  • 3 – 4 łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny
  • świeżo otarta skórka z jednej niedużej cytryny
  • 100 ml oleju lnianego tłoczonego na zimno
  • 1 duży ząbek czosnku
  • 1/4 łyżeczki świeżo zmielonego zielonego pieprzu
  • 1/4 – 1/2 łyżeczki różowej soli himalajskiej lub innej
  • 2 lekko czubate łyżki prażonych i drobno zmielonych orzechów brazylijskich lub długo dojrzewającego żółtego sera typu grana padano (ale bez podpu-szczki zwierzęcej, jeśli potrawa ma być wegetariańska). Można też użyć serów półtwardych dojrzewających takich, jak cheddar – np. firmy Kerrygold – „Botton” lub „Double Gloucester”, które zawsze są przygotowywane na podpuszczce nie pochodzącej od zwierząt – mikrobiologicznej lub roślinnej. Ewentualnie można też użyć serów wegańskich lub dodać:
  • 1 łyżeczka płatków drożdżowych (opcja)

Przygotowanie

  1. Orzechy (pekan + cashew) wrzucam do miski, zalewam wrzątkiem i zostawiam do namoczenia na 30 minut. Następnie odsączam na sicie i osuszam papierowym ręcznikiem.
  2. Liście selera siekam na mniejsze kawałki i wrzucam do osobnej miski. Dodaję sok z cytryny, skórkę z cytryny, namoczone i osuszone orzechy (pekan oraz cashew), olej, pieprz, czosnek oraz sól. Miksuję – najlepiej za pomocą blendera ręcznego – do uzyskania jednolitej konsystencji. Staram się nie rozdrabniać składników za mocno, wolę, kiedy pesto jest trochę grudkowate. Ewentualnie doprawiam pieprzem i solą.
  3. Następnie dodaję prażone i drobno zmielone orzechy brazylijskie, które sprawią, że pesto będzie miało lekko serową konsystencję i smak. W wersji wegetariańskiej może być użyty ser, nie zawierający jednak podpuszczki zwierzęcej. Po dodaniu orzechów już nie miksuję pesto, tylko mieszam składniki.
  4. Jeśłi zależy nam na bardziej serowym smaku, możemy dodać 1 łyżeczkę płatków drożdżowych. Ja wolę wersję z orzechami brazylijskimi, jest też zdrowsza 🙂
  5. Można przechowywać w lodówce, w zamkniętym słoiku, do 48 godzin, potem traci smak i właściwości.

 

PESTO Z ZIELONEJ PIETRUSZKI I KIEŁKÓW BROKUŁU

Potrawa wegetariańska lub wegańska w zależności od użytych składników

Uzyskamy ok. 250 ml pesto

IMG_0360web

 (na zdjęciu kanapka z „Pesto z zielonej pietruszki”)

Składniki na pesto z zielonej pietruszki

  • 40 g orzechów włoskich
  • 40 g orzechów cashew
  • 50 g umytych i osuszonych listków zielonej pietruszki (same liście)
  • 15 g umytych i osuszonych kiełków brokułu
  • 15 g umytych i osuszonych kiełków słonecznika
  • 2 – 3 łyżki soku z cytryny
  • świeżo otarta skórka z małej cytryny
  • 90 ml oleju słonecznikowego, tłoczonego na zimno
  • 1/8 – 1/4 łyżeczki  świeżo zmielonego zielonego pieprzu
  • 2 duże ząbki czosnku (ok. 7 g)
  • 1/2 łyżeczki różowej soli himalajskiej (lub innej)
  • 2 lekko czubate łyżki prażonych i drobno zmielonych orzechów laskowych lub wegetariański ser, długo dojrzewający (j.w.)

 

Przygotowanie

  1. Orzechy wrzucam do miski, zalewam wrzątkiem i zostawiam do namoczenia na 30 minut. Następnie odsączam na sicie i osuszam papierowym ręcznikiem.
  2. Do osobnej miski wrzucam natkę pietruszki (same liście, bez łodyżek), kiełki brokułu i słonecznika. Dodaję sok z cytryny, skórkę z cytryny, namoczone i osuszone orzechy (włoskie i cashew), olej, czosnek, pieprz oraz sól. Miksuję – najlepiej za pomocą blendera ręcznego – do uzyskania jednolitej konsystencji. Staram się nie rozdrabniać składników za bardzo, wolę, kiedy pesto jest trochę grudkowate. Doprawiam pieprzem i solą.
  3. Następnie dodaję prażone i drobno zmielone orzechy laskowe, które sprawią, że pesto będzie miało lekko serową konsystencję i smak. W wersji wegetariańskiej może być użyty ser, nie zawierający jednak podpuszczki zwierzęcej. Po dodaniu orzechów już nie miksuję pesto, tylko mieszam składniki.
  4. Można przechowywać w lodówce, w zamkniętym słoiku, do 48 godzin, potem traci smak i właściwości.

Uwagi

  1. Jeśli macie mrożone liście selera, nie sprawdzą się one w „Pesto z liści selera”, poza tym mrożone produkty są ciężkostrawne.
  2. Dzięki ostrym w smaku kiełkom brokułu pietruszkowe pesto ma wyrazisty charakter i jest bardzo smaczne – naprawdę nie trzeba dodawać sera 🙂
  3. Orzechy brazylijskie lub laskowe prażymy przez kilka minut na mocno rozgrzanej patelni do momentu, aż zaczną lekko dymić i pojawią się na nich gdzieniegdzie ciemne plamki.
  4. Oba pesto najlepiej smakują, kiedy są dość kwaśne, dlatego nie trzeba żałować soku z cytryny 🙂

W moim domu nie umiemy wybrać, które pesto jest smaczniejsze, uwielbiamy oba i często je robimy, używając nie tylko do makaronu – dodajemy na przykład do zup, kładziemy na kanapki, stosujemy jako nadzienie do naleśników i pierogów, czasami nadziewamy nimi ziemniaki. Polecam! Oba są pyszne 🙂

Love,

                         Grainma

………………………………………..
Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka 
Zdjęcia potrawy: 
Mariola Białołęcka  Copyright © 2017 by Mariola Białołęcka || 
All Rights Reserved

 

Trufle

Wigilijne trufle z makiem i sezamem

Boże Narodzenie to bez wątpienia najpiękniejsze święta na świecie. Wieczerza Wigilijna, rodzina, choinka, prezenty – atmosfera, która się wtedy wytwarza, przenosi nas zawsze w trochę inny wymiar, tam, gdzie ludzie są pełni jak najlepszych intencji i starają się dawać z siebie jak najwięcej. Święta to także czas, kiedy w każdym domu przygotowuje się coś specjalnego do jedzenia.  Równocześnie to taki czas, kiedy nie myślimy za dużo, jak te wszystkie cuda wpłyną na nasze zdrowie, i jest to zrozumiałe. Okazuje się jednak, że wiele tradycyjnych świątecznych potraw, wpływa korzystnie na nasze zdrowie. Kiedy zapoznałam się z zasadami żywienia według Pięciu Przemian – co pochodzi z Tradycyjnej Medycyny Chińskiej – zaskoczyło mnie, jak bardzo te zasady pasują do mądrych wyborów, których dokonywali nasi przodkowie, żyjący przecież w zupełnie innej części świata. Wygląda na to, że zasady Pięciu Przemian są naprawdę uniwersalne, pasują do nas wszystkich. Według Tradycyjnej Medycyny Chińskiej zima –  w tym czasie są przecież Święta Bożego Narodzenia –  to najlepszy czas na regenerację całego organizmu, pod tym względem jesteśmy podobni do roślin i zwierząt. Jest to też najlepszy czas na wzmocnienie Nerek, a bez zdrowych Nerek, nie moglibyśmy się zregenerować. Jeśli przyjrzymy się pod tym kątem Wigilii, zobaczymy, że nasi przodkowie jedli podczas Wieczerzy dokładnie te produkty, które wzmacniają Nerki – leśne grzyby, orzechy włoskie, mak, a także ryby oraz strączki. Co więcej, Nerki, zgodnie z TMC, wzmacnia też harmonijna muzyka, a Boże Narodzenie to przecież jedyne święta, podczas których tak ważna jest muzyka. Ludzie śpiewają kolędy lub ich słuchają. To wzmacnia i ciało, i duszę. Po raz kolejny widać, jak ważne jest dla nas, żebyśmy nie odcinali się od tradycji i czerpali z mądrości naszych przodków 🙂

Idąc tym śladem, przygotowałam dziś pyszne trufle, które zawierają i mak, i czarny sezam – najlepsza rzecz, jaką nam daje natura, żebyśmy mogli się zregenerować.

Wigilijne trufle z makiem i sezamem

Rodzaj posiłku: słodka przekąska
Podajemy do: kawy, herbaty, jako deser na koniec obiadu lub w ciągu dnia
Wegetariański: tak
Wegański: tak
Bezglutenowy: tak
Pięć Przemian: wzmacnia Nerki i Pęcherz
Ilość porcji: 15 – 20 kulek
Składniki: suszone śliwki, czarny sezam, mak niebieski, wiórki kokosowe, mąka kokosowa, tahina, olej kokosowy, syrop z agawy, skórka pomarańczowa (opcja), gorzka czekolada

IMG_3629.intjpg

Składniki

  • 40 g maku
  • 40 g czarnego sezamu
  • 2 czubate łyżki wiórków kokosowych
  • 200 g suszonych śliwek
  • 2 łyżki tahiny
  • 2 łyżki rozpuszczonego oleju kokosowego extra virgin
  • 1 łyżka syropu z agawy lub słodu ryżowego
  • 15 g mąki kokosowej
  • 1 łyżeczka świeżo otartej skórki pomarańczowej (opcja)
  • 1 łyżka ciepłej wody
  • 100 – 120 g gorzkiej czekolady, 60% kakao
  • 1 – 2 łyżki płatków kwiatów jadalnych
  • 3 – 4 łyżki wiórków kokosowych (opcja)

Przygotowanie

  1. Rozgrzewamy niedużą patelnię i wrzucamy mak oraz czarny sezam.  Prażymy przez 1 minutę na dużym ogniu, dość często mieszając. Wrzucamy wiórki kokosowe i jeszcze przez chwilę prażymy, do momentu, aż część wiórków zbrązowieje. Przekładamy do miski i odstawiamy na 5 minut do ostudzenia. Ważna jest tutaj jedna rzecz, jeśli nasiona (maku i sezamu) zaczną intensywnie pachnieć, zanim upłynie minuta, wiórki trzeba od razu wrzucić. Inaczej trufle mogą mieć lekko przypalony smak.
  2. Osobno kroimy śliwki na małe kawałki. Śliwki nie powinny być zbyt suche i twarde, bo wtedy nie uzyskamy odpowiedniej konsystencji. Powinny być dość miękkie. Przekładamy do kolejnej miski.
  3. Przestudzony mak i sezam wrzucamy do pojemnika malaksera – najlepiej tutaj użyć mniejszego pojemnika – i miksujemy na dość dużych obrotach przez dwie minuty. Nasiona powinny być dość mocno rozdrobnione, ale nie na mąkę, dzięki temu trufle będą chrupiące. Dodajemy śliwki i miksujemy do momentu, aż masa zacznie zbijać się w kulę, to zajmuje około minuty. Jeśli nie będzie się zbijać, nie jest to problem, trzeba wtedy miksować przez 1 minutę.
  4. Następnie dodajemy resztę składników: tahinę, olej kokosowy, syrop z agawy, mąkę kokosową oraz skórkę pomarańczową (jeśli dajemy). Miksujemy, aż składniki się połączą, i w trakcie miksowania dodajemy łyżkę wody – dzięki temu uzyskamy ciekawszą konsystencję trufli.  Krótko miksujemy – masa powinna zacząć zbijać się w kulę – a następnie przekładamy do osobnej miski i formujemy kulki o średnicy około 2- 3 cm każda.
  5. W międzyczasie rozpuszczamy czekoladę w kąpieli wodnej. Kiedy będzie już płynna, zestawiamy miskę z czekoladą z rondla/garnka, a następnie zanurzamy kulki w czekoladzie – można włożyć kilka jednocześnie – obtaczamy je w czekoladzie za pomocą łyżki i przekładamy na kratkę do obcieknięcia. Kiedy czekolada trochę przestygnie i będzie miała bardziej zwartą konsystencję (po kilku minutach), posypujemy kulki płatkami kwiatów jadalnych. Ja moje kupuję w @ogrodnictwolawenda. Płatki na truflach wytrzymują do 2, 3 dni w lodówce. Nie więdną. Trufle z płatkami kwiatów wstawiamy do lodówki, najlepiej na 2 – 3 godziny, żeby dobrze zastygły. Podajemy w papilotkach.
  6. Jeśli nie macie płatków, można obtoczyć trufle w wiórkach kokosowych. Wrzucamy kulki do czekolady, można wrzucić kilka jednocześnie, i obtaczamy je w czekoladzie, pomagając sobie łyżką. Następnie wyjmujemy każdą za pomocą patyczka – wykałaczka, patyczek do szaszłyków – i  obsypujemy wiórkami. Ewentualnie można zanurzyć krótko w wiórkach. Przekładamy na kratkę, wyjmując patyczek, i wkładamy do lodówki, najlepiej na 2 – 3 godziny, żeby trufle dobrze zastygły. Mają ciekawą, chrupiącą skórkę. Podajemy w papilotkach.
  7. Jeśli trufle przykleją się do kratki, wystarczy wtedy naciąć lekko nożem miejsce połączenia i bez problemu odchodzą.

Pyszne i takie zdrowe!

Love,

                      Grainma

……….…………………………
Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka 
Zdjęcia potrawy: 
Mariola Białołęcka  Copyright © 2018 by Mariola Białołęcka || 
All Rights Reserved

Zupa-krem z pieczonej białej kapusty

Dzisiejszą zupę polecam zwłaszcza osobom, które nie jedzą mięsa, jajek oraz sera. Warzywa pieczone w piekarniku pod przykryciem dają siłę i rozgrzewają ciało podobnie jak mięso. Ja dość często przygotowuję taką zupę w okresie jesienno-zimowym. Cudownie ogrzewa i daje duże poczucie komfortu. Jesień i zima to nie jest dobry czas na smoothie bowl z awokado, bananem, mango i szpinakiem. Te produkty są chłodne lub zimne z natury (według Tradycyjnej Medycyny Chińskiej) i mocno wychładzają ciało, co oznacza tak naprawdę, że spowalniają nasz metabolizm – w naszym ciele jest za mało ognia (ciepła), żeby to wszystko dobrze się kręciło, bo zamiast ognia (ciepła) dostarczamy sobie zimno. W rezultacie zaczyna brakować nam energii – z tych zimnych smoothie (często z lodem) nie da się jej wytworzyć. A według Tradycyjnej Medycyny Chińskiej brak energii = brak ochrony (tzw. wei czi) i zaczynamy chorować – wszystko się nas czepia. Zauważcie, że większość popularnych składników smoothie lub smoothie bowl (np. awokado, banany) rośnie w zupełnie innej strefie klimatycznej – w miejscach, gdzie jest naprawdę gorąco. Ludzie tam mieszkający przede wszystkim potrzebują się ochłodzić. Spędziłam kiedyś trochę czasu w Indiach, w Delhi, i chociaż nie była to najgorętsza pora roku, w ciągu dnia czuliśmy się dobrze jedynie w klimatyzowanych pomieszczeniach, na zewnątrz dało się wytrzymać głównie wieczorem. Kiedy temperatury utrzymują się w granicach 37 – 40°C, można myśleć jedynie o tym, żeby się ochłodzić, nikt wtedy nie myśli o rozgrzewającej zupie z piekarnika, tylko sięga po orzeźwiające lassi z mango.

Inaczej to wygląda w Polsce. Kiedy przyjrzymy się kuchni staropolskiej, a nawet naszym domowym tradycjom, zobaczymy, że dawniej – zarówno jesienią, jak i zimą – ludzie odżywiali się głównie gotowanym jedzeniem, dobrze przyprawionym, rozgrzewającym. Były gęste zupy, długo gotowane bigosy, gołąbki, pierogi, kasze, jajka. Nikt nie jadł na śniadanie musu z jabłek czy gruszek, tylko zazwyczaj jajka smażone na boczku. Jak wiecie od dłuższego już czasu nie jem mięsa ani jajek, więc nie polecam tych produktów, jednak znając zasady odżywiania się według Pięciu Przemian (TMC), widzę, że powinniśmy czerpać z mądrości naszych przodków i w okresie jesienno-zimowym dostarczać sobie jak najwięcej rozgrzewającego gotowanego jedzenia, ponieważ wtedy pod naszą szerokością geograficzną jest po prostu zimno, brakuje słońca i brakuje ognia. Jeśli do zimna na zewnątrz dołożymy zimno pochodzące z jedzenia, możemy sobie naprawdę zaszkodzić. Pamiętajmy, że Polska to nie Kalifornia czy Delhi. Ciekawe jest to, że naturalne produkty, które od wieków rosną w Polsce i możemy korzystać z nich jesienią i zimą, to nie chłodne z natury szpinak czy cukinia, tylko rozgrzewające pory, marchewki, dynie, pietruszki, cebule czy brukselki. Do nich dochodzą inne produkty, które nie są tak rozgrzewające, ale w żaden sposób nas nie wychłodzą, takie jak buraki, kalarepki, kapusty, kalafiory, soczewica, groch czy też czarna rzepa. Jak widać Natura ma swoją mądrość i w odpowiednim czasie daje nam dokładnie to, czego potrzebujemy.

Być może zastanawiacie się, o co w tym wszystkim chodzi – wychładzające, rozgrzewające? Zgodnie z Tradycyjną Medycyną Chińską, a także Ajurwedą czy też Tradycyjną Medycyną Tybetańską, to, co jemy, wpływa w określony sposób na nasze ciało – pobudzająco (czyli rozgrzewająco), uspokajająco (czyli wychładzająco) oraz neutralnie (ani nie rozgrzewa, ani nie wychładza). Kiedy na przykład zjemy ogórka, który jest wychładzający, czyli wpływa nasze ciało uspokajająco, nasz  metabolizm zwolni, a my odprężymy się, wyciszymy. Kiedy jednak zjemy papryczkę chili, która jest bardzo rozgrzewająca, nasze ciało zareaguje inaczej – metabolizm mocno przyspieszy, a my będziemy pobudzeni – te właściwości chili często wykorzystuje się w kremach, napojach lub tabletkach na odchudzanie, ponieważ łatwiej w ten sposób spalić tłuszcz. W podobny sposób działają na nas zimne i gorące napoje, czy ogólnie zimne lub gorące jedzenie. Jeśli więc zmieszamy ogórka z jogurtem (też wychładzający) i jeszcze dodamy do tego kostki lodu (zimne jedzenie), wzmocnimy wychładzające (uspokajające) działanie tej potrawy. W rezultacie ciśnienie spadnie, a wszystkie procesy życiowe zaczną spowalniać się i z czasem zamierać – przecież wszyscy wiemy, co może się wydarzyć, kiedy za długo przebywamy na mrozie. Z odwrotną sytuacją mamy do czynienia, kiedy zjemy bardzo rozgrzewającą papryczkę habanero upieczoną (gorące jedzenie) z czosnkiem (też bardzo rozgrzewający) – ciśnienie podniesie się, a wszystkie procesy życiowe zaczną przyspieszać. W rezultacie mamy taką sytuację, jakbyśmy leżeli wiele godzin na plaży w tropikach bez żadnej ochrony. Oczywiście wszystko to pokazałam tutaj w sposób trochę przerysowany, ale chciałam dobrze wyjaśnić tę różnicę i pokazać, co się dzieje, kiedy fundujemy naszemu ciału takie ekstremalne warunki. Myślę, że warto rozumieć te zasady i z nich korzystać, żeby mieć dobre zrównoważone życie – moje bardzo się zmieniło od momentu, kiedy po raz pierwszy o tym usłyszałam 🙂

Dodam jeszcze, że wszystkie zawarte tu porady są dla osób zdrowych, których organizm jest w miarę zrównoważony. Jeśli ktoś źle się czuje lub jest chory, jest mu ciągle zimno lub wręcz przeciwnie czuje się przegrzany, polecam zasięgnięcie porady u lekarza lub specjalisty TMC 🙂

Zupa-krem z pieczonej białej kapusty

IMG_2236int

 

Składniki

  • 800 g białej kapusty – ok. 1/2 główki
  • 400 g świeżych ogórków
  • 2 duże ząbki czosnku
  • 1 średnia cebula
  • 2 łyżki posiekanego szczypiorku-dymki (białe i zielone części)
  • 3 łyżki oleju
  • 1 łyżeczka nasion kopru włoskiego
  • 1 łyżeczka majeranku
  • 1/2 łyżeczki proszku laurowego (czyli zmielonych w młynku liści laurowych)
  • 200 ml wody
  • 200 ml soku jabłkowego
  • 1 litr bulionu warzywnego (gotowanego lub gotowego – proszek/kostka)
  • 8 lekko czubatych łyżek ugotowanej ciecierzycy
  • 20 g świeżej zielonej pietruszki, najlepiej kędzierzawej
  • 10 g świeżego koperku
  • 1 – 2 łyżki soku z cytryny
  • mleko kokosowe do polania po wierzchu
  • olej z orzechów włoskich lub inny smakowy do polania po wierzchu

Przygotowanie

  1. Kapustę oczyszczamy z zewnętrznych liści, myjemy, usuwamy głąb i kroimy na kilka kawałków, przekładamy do dużej miski.
  2. Ogórki obieramy ze skórki, myjemy, kroimy na mniejsze kawałki i wrzucamy do miski, w której znajduje się kapusta.
  3. Cebulę i czosnek obieramy ze skórki, kroimy na kilka cząstek i wrzucamy do miski z kapustą. Podobnie postępujemy ze szczypiorkiem – myjemy, kroimy na mniejsze kawałki i do miski. Następnie wlewamy olej i mieszamy wszystkie składniki tak, żeby zostały pokryte olejem. Odstawiamy na bok.
  4. W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 200°C, z włączonym termoobiegiem.
  5. Osobno wrzucamy do naczynia do pieczenia nasiona kopru włoskiego, majeranek i proszek laurowy, a następnie wlewamy wodę, sok jabłkowy i wrzucamy warzywa wymieszane z olejem. Pieczemy pod przykryciem przez 1 godzinę i 15 minut.
  6. Wyjmujemy z piekarnika, odkrywamy, studzimy przez kilkanaście minut, a następnie przekładamy wszystko – włącznie z płynem, który pozostał z pieczenia – do pojemnika blendera, dodając ostudzony bulion warzywny, ciecierzycę,  koperek i zieloną pietruszkę.
  7. Zblendowaną zupę przekładamy ponownie do garnka, wlewamy sok z cytryny, doprawiamy do smaku pieprzem i solą, a następnie podgrzewamy. Warto podgrzać tylko trochę,  tak do około 50°C, żeby zachować enzymy pochodzące ze świeżej pietruszki i koperku.
  8. Nalewamy do miseczek, polewając po wierzchu mlekiem kokosowym, najlepiej trochę zagęszczonym i schłodzonym wcześniej przez kilka godzin w lodówce. Bardzo lubię to połączenie ciepłej zupy i chłodnego mleka kokosowego na wierzchu. Na koniec polewamy olejem smakowym (po 1 łyżeczce na porcję) i posypujemy po wierzchu posiekaną drobno pietruszką i/lub koperkiem.

Pyszna, rozgrzewająca zupa, którą możemy też wlać do butelki i pić przez papierową! słomkę (nie używam słomek plastikowych ze względu na ich szkodliwość dla zwierząt żyjących w morzach i oceanach). Zupa jest dość gęsta, możemy ją rozrzedzić, dodając więcej bulionu, tak żeby można było ją łatwiej pić. Osobiście bardzo mi ten sposób odpowiada – taką zupę sączę często przez słomkę, pracując przy komputerze nad tekstem – nic się nie rozleje 🙂 Zachęcam 🙂

 

With love,

                Grainma

………………………………………..
Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka 
Zdjęcia potrawy: 
Mariola Białołęcka  Copyright © 2018 by Mariola Białołęcka || 
All Rights Reserved

Zielone curry z brukselką i chrupiącym tofu

Uwielbiam dania jednogarnkowe, zwłaszcza te przygotowane z różnych warzyw. I nawet nie chodzi o to, że są łatwe w przygotowaniu, chodzi raczej o ten szczególny miks smaków, aromatów i tekstur, które mieszając się ze sobą, zawsze stworzą nową, lepszą jakość. Walory zdrowotne takiego dania również są wyższe – połączone esencje różnych wspaniałych roślin. Przygotowując takie dania, staram się dążyć do równowagi, łączę więc ze sobą produkty. które mają charakter rozgrzewający z tymi, które wpływają na ciało chłodząco. Być może zastanawiacie się, co to znaczy produkty rozgrzewające i chłodzące? Wbrew pozorom nie ma w tym nic mistycznego, produkty rozgrzewające, takie jak np. anyż gwiazdkowaty, imbir, ocet czy czosnek wpływają na ciało w taki sposób, że przyspieszają metabolizm, a produkty chłodzące, takie jak szpinak, algi czy też arbuz, spowalniają metabolizm.

Zgodnie z Tradycyjną Medycyną Chińską w takim codziennym odżywianiu się chodzi głównie o to, żebyśmy przez cały czas korygowali kurs, żeby nasza dieta nie składała się ze zbyt wielu potraw rozgrzewających i żeby równocześnie nie była też zbyt wychładzająca. Co to oznacza w praktyce? Takie potrawy jak chociażby chili con carne z dużą ilością chili, czosnku i ostrej papryki czy też smoothie z jogurtem i bananami powinny być spożywane okazjonalnie. Jeśli codziennie będziemy jeść duże ilości tak mocno rozgrzewających produktów, jak na przykład czosnek, chili czy ostra papryka, nasz organizm dość szybko stanie się nadmiernie pobudzony. W rezultacie będziemy ciągle poirytowani, zaczniemy cierpieć na bezsenność i chorować na nadciśnienie. Z kolei spożywanie codziennie rano przez dłuższy czas mocno ochładzającej jaglanki lub smoothie – z melonem, arbuzem, bananem, jogurtem, jabłkiem – przyczyni się do tego, że nasz organizm będzie niedożywiony, ponieważ ten rodzaj jedzenia osłabia narządy trawienne, które w konsekwencji nie są w stanie  pobrać składników odżywczych z pożywienia. W rezultacie zaczynamy być coraz bardziej zmęczeni, mamy problemy z koncentracją uwagi i coraz mniej energii – w takim stanie łatwo o depresję. Korygowanie kursu w tym przypadku oznacza łączenie w potrawie produktów rozgrzewających z wychładzającymi (i odwrotnie). Dobrym rozwiązaniem jest też podanie podczas posiłku innej potrawy, która ma charakter chłodzący, jeśli danie główne ma mocno rozgrzewający charakter. W praktyce oznacza to chociażby taką sytuację, kiedy do ostrego warzywnego curry dodaje się jogurt – tak jak w kuchni hinduskiej – lub podaje się na zakończenie posiłku szarlotkę z lodami. Są jeszcze inne metody, o których wkrótce Wam opowiem, a teraz zapraszam już na moje „Zielone curry z brukselką i chrupiącym tofu” – potrawę dobrze zrównoważoną, gdzie rozgrzewające składniki, takie jak pasta curry z zielonym chili, liść laurowy, brukselka oraz mleko kokosowe zostały połączone ze składnikami ochładzającymi – szpinakiem, ogórkiem, cukinią oraz tofu:)

Zielone curry z brukselką i chrupiącym tofu

Rodzaj posiłku: danie obiadowe jednogarnkowe
Podajemy do: ziemniaków, ryżu, z chlebem, chlebkiem pita lub lawaszem
Wegetariański: tak
Wegański: tak
Bezglutenowy: tak
Pięć Przemian: wzmacnia Yang, Czi oraz Żołądek
Ilość porcji: 3 porcje
Składniki: zielone curry (zielone chili, czosnek, kumin, kolendra, galangal, kurkuma), brukselka, cukinia, kiszone ogórki, szpinak, zielony groszek, szczypiorek-dymka, cebula, zielona pietruszka, listki kwiatów jadalnych i mikro zioła, dodatkowo kumin i kolendra, tofu, tamari, sól i pieprz, liść laurowy, mleko kokosowe, olej kokosowy

IMG_3590int

 

Składniki

  • 2 lekko czubate łyżki oleju kokosowego extra vergin
  • 1 średnia cebula, drobno posiekana
  • 1 nieduża cukinia (ok. 200 g), umyta, pokrojona w plasterki
  • 200 g umytej i oczyszczonej brukselki, przekrojonej na pół (lub w plasterki)
  • 2 łyżki posiekanego szczypiorku-dymki
  • 1 łyżeczka zmielonego kuminu (kminu rzymskiego)
  • 1 łyżeczka zmielonej kolendry
  • 250 ml mleka kokosowego, gęstego, dobrej jakości
  • 1/2 – 1 łyżeczka zielonej tajskiej pasty curry (patrz: uwagi)
  • 1 liść laurowy
  • 250 ml wody
  • 100 g szpinaku, oczyszczonego i grubo pokrojonego
  • 70 g ogórków kiszonych, pokrojonych w cienkie plasterki
  • 1/2 puszki zielonego groszku
  • ewentualnie pieprz i sól do smaku
  • 1 łyżka posiekanej zielonej pietruszki
  • listki kwiatów jadalnych i mikro zioła

osobno

  • olej do smażenia
  • 180 g odsączonego tofu, pokrojonego w niedużą kostkę
  • trochę świeżo zmielonego zielonego pieprzu (lub innego)
  • 2 – 3 łyżki sosu sojowego tamari

 

Przygotowanie

  1. W dużym rondlu rozgrzewam olej kokosowy, wrzucam cebulę i smażę przez 2 minuty na średnim ogniu, dość często mieszając, żeby cebula się nie przypaliła. Dodaję cukinię i brukselkę, smażę przez 2 minuty pod przykryciem, co jakiś czas mieszając. Wrzucam dymkę, kumin oraz kolendrę, krótko podsmażam – do momentu, aż zaczną pachnieć. Na chwilę zdejmuję z ognia.
  2. Pastę curry łączę z kilkoma łyżkami gorącej wody, a następnie dodaję do 125 ml mleka kokosowego, mieszam i wlewam do rondla. Dodaję liść laurowy i wlewam wodę.
  3. Ponownie stawiam rondel na ogniu. Zagotowuję, zmniejszam ogień i na małym ogniu duszę pod przykryciem przez 5 minut. Zdejmuję pokrywkę, wrzucam szpinak oraz kiszone ogórki i duszę przez 2 minuty pod przykryciem. Ponownie zdejmuję rondel z ognia i wrzucam zielony groszek, już nie gotuję. Groszek bez problemu ogrzeje się w potrawie i będzie miękki- kiedy go gotujemy, robi się twardy. Odstawiam na bok pod przykryciem.
  4. Osobno przygotowuję tofu. Do tego dania tofu powinno być odsączone. Najlepiej owinąć je w papierowy ręcznik i przycisnąć czymś ciężkim na około 20 – 30 minut. Tak przygotowane tofu łatwiej „wchłania” marynatę oraz przyprawy, a kiedy je smażymy, odwdzięcza się piękną skórką. I właśnie o tę skórkę na tofu nam tym razem chodzi 🙂
  5. I tak, rozgrzewam osobno olej na patelni i obsmażam kostki tofu z każdej strony. Kiedy tofu jest już lekko brązowe i chrupiące, dodaję zmielony pieprz i wlewam na patelnię sos sojowy tamari. Następnie poruszając patelnią oraz operując łyżką/łopatką, staram się, żeby tofu zostało pokryte tamari z każdej strony – podsmażam około minuty, do momentu, aż tofu będzie miało piękny brązowy kolor.
  6. Do potrawy wlewam pozostałe mleko kokosowe, mieszam i wrzucam na wierzch kawałki chrupiącego tofu. Podgrzewam przed podaniem, żeby curry było gorące. Ewentualnie doprawiam pieprzem i solą. Podaję posypane zieloną pietruszką, listkami kwiatów jadalnych oraz mikro ziołami 🙂
  7. Więcej przepisów z tofu w roli głównej oraz różnych patentów na przyrządzanie tofu znajdziecie w mojej książce „Zaskakujące tofu”.

Uwagi

  1. Ostrość tej potrawy, a także jej smak zależy w dużym stopniu od rodzaju i ilości pasty curry, której zdecydujemy się użyć. Na rynku jest całe mnóstwo tego rodzaju przypraw. Najlepiej wybrać coś ze sprawdzonego – ulubionego – źródła. Moim zdaniem najlepiej, gdyby była to przyprawa organic, zawierająca zielone chili, kolendrę, kumin, galangal (ewentualnie), trawę cytrynową + kilka innych składników (mogą być różne w zależności od producenta). Ja dodaję do mojego „Zielonego curry…” 1 łyżeczkę takiej pasty, ale proponuję zacząć od 1/2 łyżeczki i po sprawdzeniu smaku potrawy, ewentualnie dodać więcej – pasta zazwyczaj jest piekielnie ostra 🙂
  2. Warto wiedzieć, że curry to zarówno potrawa, jak i przyprawa (w formie proszku lub pasty)

Love,

                 Grainma 🙂

……….…………………………
Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka 
Zdjęcia potrawy: 
Mariola Białołęcka  Copyright © 2019 by Mariola Białołęcka || 
All Rights Reserved

Wegański łosoś

Najlepsze rzeczy wydarzają się przypadkiem, z zaskoczenia, wtedy, kiedy najmniej się ich spodziewamy. I chociaż bardzo się staramy, żeby sobie wszystko dobrze zaplanować, zawsze wydarzy się coś, czego nie było w naszych planach. Osobiście bardzo się z tego cieszę, uwielbiam niespodzianki. Kiedy rzeczy są przewidywalne, stają się po prostu nudne. I tu dochodzimy do największego dylematu, jaki mamy w życiu. Wciąż balansujemy pomiędzy stałością, przewidywalnością i bezpiecze-ństwem, a wolnością, niezależnością, przygodą i ekscytacją. Kiedy już sobie wszy-stko uporządkujemy – wszystkie rzeczy są na swoim miejscu – nagle orientujemy się, że wcale nie o to nam chodziło 🙂 Okazuje się, że ta najdroższa na świecie kanapa wcale nas tak bardzo nie uszczęśliwia, zwłaszcza że sąsiad właśnie kupił sobie droższą i w zasadzie wszystko trzeba byłoby zaczynać od początku 🙂 Z kolei te osoby, które mają mało punktów oparcia w życiu, ciągle są w drodze, śpią w hotelach i żyją na przysłowiowych walizkach, po jakimś czasie zaczynają tęsknić za stabilizacją i przewidywalnością – chcą w końcu mieć coś własnego. I tak w kółko. Czy jest z tego jakieś wyjście? W zasadzie to nie jest istotne, czy mieszkamy od lat w tym samym i do tego własnym pałacu, czy co chwilę wynajmujemy jakiś pokój w coraz to innym mieście. Najważniejsze jest to, żebyśmy podejmowali w życiu takie działania, dzięki którym nasz umysł będzie wciąż młody i świeży. Żebyśmy wciąż potrafili się zachwycać nawet najdrobniejszymi rzeczami i wierzyli, że cuda się zdarzają, a także, żebyśmy nie trzymali się tak sztywno planów, pozwalając rzeczom po prostu się dziać. Pasja, emocjonalne zaangażowanie, dobre związki z innymi, mnóstwo dobrej zabawy, podróże, przekraczanie własnych słabości i ograniczeń oraz przekonanie, że wszystko może się jeszcze zdarzyć, niezależnie od tego, ile mamy lat, z pewnością nam w tym pomogą. Jest tylko jeden warunek – żeby to było możliwe, nie możemy nigdy zbaczać z kursu, na takiej samej zasadzie, jak musimy się pilnować podczas prowadzenia samochodu, żeby nie zjechać ani do rowu, ani na drugi pas 🙂

Jeśli chodzi o wegańskiego łososia, nie starałam się go wymyślać, sam się pojawił, ot tak, po prostu i zupełnie nieoczekiwanie. Jakiś czas temu upiekłam cienkie plastry dyni prowansalskiej, z której zamierzałam przygotować hummus – będzie wkrótce na blogu. Okazało się, że ten rodzaj dyni ma włókna podobnie jak mięso. A kiedy oderwałam kawałek skórki od upieczonej ze skórką dyni,  miąższ oddzielił się od niej, podobnie jak oddziela się mięso ryby od skóry. Dynia wyglądała zupełnie jak łosoś. Przepis dopracowałam i w ten sposób pojawił się wegański łosoś 🙂 Roślinną rybę połączyłam z sałatką z zielonych warzyw, dodając do niej kwiaty ogórecznika. Kwiaty te bardzo mnie zaskoczyły, okazało się, że ich smak jest dużo bardziej złożony niż się powszechnie sądzi. W pierwszym momencie czujemy smak ogórków, ale za chwilę smakują już bardziej jak ryba lub wodorosty. Swój „morski” smak prawdopodobnie zawdzięczają sporej zawartości kwasów omega. Zarówno sałatkę z zielonych warzyw, jak i roślinnego łososia doprawiłam jeszcze wywarem z kombu oraz wywarem z arame i to naprawdę niesamowite, ale ma się wrażenie, że je się sałatkę z rybą. Podaję to wszystko zazwyczaj na podpieczonym chlebie, a czasem z ryżem lub ziemniakami.

Zapraszam na przepis!

Wegański łosoś

Rodzaj posiłku: zastępuje rybę w potrawach
Podajemy do: chleba, sałatki, ziemniaków, ryżu, tortilli
Wegetariański: tak
Wegański: tak
Bezglutenowy: tak
Pięć Przemian: wzmacnia energię oraz narządy trawienne
Ilość porcji: zależy od ilości upieczonej dyni
Składniki: dynia prowansalska, zmielony zielony pieprz, sól himalajska, wodorosty kombu, wodorosty arame, kwiaty ogórecznika, szpinak, jarmuż, sałata lodowa, kwiaty jadalne, listki kwiatów jadalnych, mikro zioła, olej z pestek słonecznika, oliwa truflowa, sok z cytryny, skórka z cytryny

final_IMG_3419int

Składniki 

  • 200 g dyni prowansalskiej
  • 3 – 4 łyżki oleju
  • 1/4 łyżeczki zmielonego zielonego pieprzu
  • 1 łyżeczka drobnej soli himalajskiej
  • 1/2 łyżeczki wędzonej słodkiej papryki (opcja)
  • garść szpinaku
  • garść jarmużu, pokrojonego na małe kawałki
  • 1/2 główki sałaty lodowej, cienko poszatkowanej
  • 1/2 średniej cebuli, bardzo cienko pokrojonej
  • 1 lekko czubata łyżka posiekanego szczypiorku dymki, zielone części
  • garść różnych mikro ziół oraz listków kwiatów jadalnych
  • trochę zielonej pietruszki, świeżego koperku
  • 1 – 2 łyżki kwiatów ogórecznika i trochę innych kwiatów jadalnych, np. kwiaty nasturcji, itp
  • 1 łyżeczka świeżo otartej skórki z cytryny
  • 3 – 4 gramy wodorostów kombu (patrz: uwagi)
  • 1 łyżka wodorostów arame
  • 300 ml wrzącej wody
  • 80 ml łyżki oleju z pestek słonecznika lub innego
  • 1 łyżeczka oliwy truflowej
  • łyżka soku z cytryny
  • wegański majonez (opcja)

Przygotowanie

  1. Dynię kroimy w dość cienkie plastry, o grubości około 1 – 1,5 cm.
  2. Do miski wlewamy olej, wrzucamy zielony pieprz, sól oraz paprykę, jeśli dajemy. Mieszamy i po kolei zanurzamy plastry dyni w oleju z przyprawami, starając się, żeby każdy plaster został nim dobrze pokryty.
  3. W międzyczasie nagrzewamy do temperatury 200°C piekarnik z włączonym termoobiegiem.
  4. Dynię przekładamy na płaską blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i pieczemy przez 30 minut. Wyjmujemy z piekarnika i zostawiamy do ostudzenia.
  5. Kombu miksujemy w młynku do kawy na proszek, a następnie 1 łyżeczkę tego proszku przekładamy do kubka/miseczki i wlewamy 100 ml wrzącej wody. Zostawiamy pod przykryciem na 15 minut do namoczenia. Odcedzamy na sitku o bardzo drobnych oczkach i odstawiamy na bok, żeby wystygło.
  6. Następnie do niedużego rondla wrzucamy glony (wodorosty) arame i wlewamy 200 ml wrzącej wody. Zagotowujemy i na małym ogniu gotujemy pod przykryciem przez 10 minut. Zwiększamy ogień, rondel odkrywamy i gotujemy jeszcze przez 3 minuty na dużym ogniu – w ten sposób zredukujemy ilość płynu i wywar będzie miał intensywniejszy smak. Odcedzamy na sicie o drobnych oczkach i odstawiamy na bok do wystudzenia – osobno wywar, osobno glony.
  7. Szpinak i jarmuż blanszujemy przez 1 minutę – dzięki temu warzywa zmiękną, ale nie stracą koloru – i przekładamy do osobnej dość dużej miski. Studzimy, a następnie dodajemy sałatę lodową, cebulę, szczypiorek, mikro zioła i listki kwiatów jadalnych, zieloną pietruszkę, koperek, skórkę z cytryny oraz ugotowane i wystudzone glony arame.
  8. Osobno łączymy ze sobą olej z pestek słonecznika, oliwę truflową, wywar z kombu, wywar z arame, sok z cytryny i doprawiamy do smaku solą oraz pieprzem. Połowę sosu wlewamy do miski z sałatką. Składniki najpierw mieszamy, tak żeby wszystko zostało dobrze pokryte sosem, a następnie lekko ściskamy dłońmi, dzięki czemu sałatka z surowych warzyw będzie łatwiej strawna. Na sałatkę kładziemy kawałki roślinnego łososia, dodajemy kwiaty ogórecznika i pozostałe kwiaty jadalne, a następnie polewamy całość, włącznie z „łososiem”, pozostałym sosem. Możemy też dodać trochę wegańskiego majonezu. Podajemy od razu.

Uwagi

  1. Wodorosty można kupić w sklepie ze zdrową żywnością. Niestety, ostatnio nie wszystkie są dobrej jakości. Pozostaje więc sprawdzenie wodorostów z kilku źródeł, żeby znaleźć te, które mają dobry smak i konsystencję. Czasami udaje się od razu 🙂 W tej potrawie chodzi o to, żeby zarówno roślinny łosoś, jak i sałatka miały ten charakterystyczny posmak ryby. Częściowo uzyskamy go z wodorostów, częściowo z ogórecznika. Warto jednak wiedzieć, że ten smak/posmak jest mimo wszystko dość subtelny i wyczuwalny na końcu, nie w pierwszym kęsie 🙂
  2. Warto zacząć od jednej łyżki kwiatów ogórecznika, żeby sprawdzić, jaka ilość najbardziej nam odpowiada.
  3. Zdjęcie powyżej pokazuje sałatkę jeszcze nie dokończoną z tego względu, że chciałam dobrze zaprezentować roślinnego łososia.

Ciekawa alternatywa dla świątecznych dań rybnych. Zachęcam do wypróbowania!

Love,

                   Grainma

P.S. Zachęcam do obserwowania bloga na Instagramie, wpisy są prawie codziennie. Są dodatkowe informacje, przepisy. Zapraszam 🙂

https://www.instagram.com/grainkitchen.pl/

……….…………………………
Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka Zdjęcia potrawy:  Mariola Białołęcka Współpraca: Jacek Białołęcki  Copyright © 2018 by Mariola Białołęcka ||  All Rights Reserved

Ciasto marchewkowe zero waste

Marchew to warzywo must have dla wegan, ponieważ dostarcza energii. Kiedy przestajemy jeść mięso i nabiał, musimy znaleźć alternatywne źródła energii – marchew to jedno z nich. I chociaż u nas jest ona trochę niedoceniana, przez Medycynę Wschodu jest polecana jako remedium na wiele chorób i często nazywana „małym żeńszeniem”, ponieważ podobnie jak żeńszeń jest bardzo odżywcza, pomaga zmniejszyć stres, wzmacnia odporność, dodaje energii i wytrzymałości, poprawia nastrój, a nawet jest uważana za afrodyzjak – podobnie uważali starożytni Grecy, według których po zjedzeniu potrawy zawierającej marchewkę mamy większą ochotę na „amory” 🙂 Poza tym poprawia wygląd skóry, pomaga regulować poziom cukru we krwi i jest zalecana przy schorzeniach płuc (np. astma) – podobnie jak żeńszeń 🙂

Marchew zawiera całe mnóstwo alfa- i beta-karotenu, jednak wcałe nie jest tak łatwo wydobyć go z marchewki. Najlepiej marchew utrzeć i podać z olejem w formie sałatki lub zrobić koktajl zawierający sok z marchwi i coś tłustego – np. olej, orzechy. Naprawdę warto powalczyć o karoten, ponieważ chroni on między innymi przed chorobami układu krążenia i przed rakiem 🙂 A jednym z cudownie przyjemnych i smacznych sposobów na dostarczenie sobie większej ilości karotenu jest oczywiście… uwielbiane przez wszystkich ciasto marchewkowe 🙂

Kiedy spojrzymy na ciasto marchewkowe okiem Medycyny Wschodu, zobaczymy, że wzmacnia ono narządy trawienne, a także Nerki i nasze jing. Podobnie to widzi Claude Diolosa, znany lekarz Tradycyjnej Medycyny Chińskiej – według niego ciasto marchewkowe to jeden z lepszych i tańszych sposobów na wzmocnienie jing, a także układu odpornościowego oraz trawiennego.  Warto tu dodać, że kiedy jesteśmy weganami i chcemy mieć dzieci, spożywanie ciasta marchewkowego może być pomocne z tego względu, że odżywia ono Śledzionę (więcej wkrótce) oraz regeneruje nasze jing, co wpływa korzystnie na poczęcie 🙂

Moje ciasto marchewkowe to mały eksperyment. Podobnie jak wielu z Was zastanawiałam się, co zrobić z pulpą marchewkową, która powstaje podczas produkcji soku marchewkowego – nie lubię marnować jedzenia! Pulpa jest lekko wilgotna i wciąż zawiera mnóstwo korzystnych dla zdrowia składników, pomyślałam, że warto zaryzykować i przygotować na jej bazie właśnie ciasto marchewkowe. Eksperyment się udał 🙂 Ciasto jest bardzo smaczne, nie jest suche i naturalnie jest wegańskie oraz bezglutenowe. Enjoy!

 

Ciasto marchewkowe zero waste

Rodzaj posiłku: ciasto
Podajemy z:  kubkiem dobrej kawy oraz ubitą śmietanką kokosową/ dżemem/ lodami
Wegetariański: tak
Wegański: tak
Bezglutenowy: tak
Pięć Przemian: składniki tego ciasta wzmacniają czi, Wątrobę, Śledzionę oraz Płuca
Ilość porcji: kilka/kilkanaście
Składniki: kasza jaglana, wiórki marchewkowe, cukier, siemię lniane, nasiona chia, anyż, sól, proszek do pieczenia, soda oczyszczona, mleko sojowe, sok jabłkowy, olej, woda z cieciorki (aquafaba), skórka z pomarańczy, gorzka czekolada
Przyrządy kuchenne: sokowirówka wolnoobrotowa lub zwykła, tortownica o średnicy ok. 20 – 22 cm, młynek do kawy

Składniki

1 łyżka nasion chia
300 g zmielonej na mąkę kaszy jaglanej, przepis tu: http://grainkitchen.pl/?p=278 
100 g cukru trzcinowego lub kokosowego lub innego ulubionego
+ 60 g cukru do ubicia piany – trzcinowego lub innego
3 lekko czubate łyżki złotego zmielonego siemienia lnianego
1 łyżeczka anyżu
szczypta soli
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
300 g pulpy marchewkowej (pozostałej po odsączeniu soku)
250 ml mleka sojowego
125 ml soku jabłkowego
125 ml oleju słonecznikowego
12 – 14 łyżek aquafaby (wody z cieciorki z puszki lub ze słoika)
otarta skórka z 1 pomarańczy

120 – 140 g gorzkiej czekolady

Przygotowanie

  1. Nasiona chia mielimy drobno w młynku do kawy.
  2. Do dużej miski wrzucamy kaszę zmieloną na mąkę, cukier, zmielone siemię lniane, zmielone nasiona chia, anyż, sól, proszek do pieczenia oraz sodę oczyszczoną. Składniki dokładnie mieszamy, a następnie dodajemy pulpę marchewkową i ponownie mieszamy tak, żeby wszystko dobrze się połączyło.
  3. Do osobnej miski wlewamy mleko sojowe, wodę, olej słonecznikowy oraz wrzucamy świeżo otartą skórkę pomarańczową. Mieszamy za pomocą rózgi, żeby składniki dobrze się połączyły. Następnie dodajemy do suchych składników i mieszamy wszystko, dopóki składniki się nie połączą. Odstawiamy na bok.
  4. W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do temperatury 180°C.
  5. Do ostatniej już miski wlewamy aquafabę i zaczynamy ubijać ją ręcznym mikserem – najpierw na małych obrotach, a potem stopniowo je zwiększamy. Aquafaba będzie gotowa, jeśli na końcówkach do ubijania piany utworzy się niewielki stożek z piany, który będzie zachowywał swój kształt, a piana nie będzie wypadać z przechylonej miski. Do ubitej już piany dodajemy partiamy cukier (60 g). Po dodaniu każdej partii cukru, ubijamy pianę przez kilkanaście sekund, a kiedy wsypiemy już cały cukier, ubijamy jeszcze przez dwie minuty.
  6. Następnie dodajemy pianę z aquafaby do połączonych wcześniej składników  i staramy się ją połączyć z ciastem w podobny sposób, jak przygotowuje się biszkopty –  delikatnie zagarniamy kilkakrotnie ciasto od spodu, starając się, żeby piana połączyła się z resztą, ale żeby nie zniknęła w cieście. Masa powinno być puszysta.
  7. Przekładamy do tortownicy wysmarowanej tłuszczem oraz wysypaną mąką – najlepiej kokosową. Pieczemy w temperaturze 180°C, z włączonym termoobiegiem, przez 40 minut lub do momentu, kiedy patyczek włożony w środek ciasta będzie suchy. Wyjmujemy z piekarnika i zostawiamy w blaszce do ostudzenia.
  8. Kiedy ciasto jest już wystudzone, wyjmujemy je z tortownicy, a następnie rozpuszczamy czekoladę w kąpieli wodnej i polewamy nią ciasto. Kiedy czekolada zastygnie, można je kroić i podawać. Mniam! Mniam! 🙂

Uwagi

  1. Do mojego ciasta użyłam pulpy marchewkowej pozostałej z soku, który przygotowałam w wyciskarce wolnoobrotowej. Ta pulpa jest dość wilgotna. Jeśli wyciskacie sok z warzyw w sokowirówce, pulpa może być bardziej sucha, można wtedy dodać kilka łyżek soku lub mleka więcej.

Love,

                Grainma 🙂

………………………
Opracowanie przepisu – pomysł i wykonanie: Mariola Białołęcka
Zdjęcia potrawy: Mariola Białołęcka, Copyright © 2020 by Mariola Białołęcka II
All rights reserved